Włoska Apulia to bardzo popularny wśród turystów region. Największą popularnością cieszy się tu niewątpliwie stolica regionu, Bari, do którego bez problemu dolecimy tanimi liniami lotniczymi, oraz wpisane na listę UNESCO Alberobello z charakterystycznymi białymi domkami zwanymi trulli. Sporo turystów przyciągają też nadmorskie miasteczka, takie jak Monopoli, Polignano a Mare czy Trani. Jednak w Apulii nie brakuje i mniejszych miejscowości, które może nie załapały się na listę UNESCO ani nie zachwycają pięknym wybrzeżem, ale wciąż mają sporo zabytków i niemało uroku. Mnie tutaj najbardziej ciągnęło Ostuni zwane Białym Miastem, a gdy zmierzaliśmy do niego z Matery, zatrzymaliśmy się też na zwiedzanie innego miasteczka - Martina Franca. W obu miejscowościach nie zabraknie typowego włoskiego uroku i bez problemu można zwiedzić oba jednego dnia, bo dzieli je zaledwie 25 km, a kilka godzin na zwiedzanie w zupełności wystarczy.
Zacznijmy więc od Martina Franca (czy też Martiny Franci - pasuje to w ogóle w polskiej odmianie...?), gdzie udało nam się znaleźć darmowy parking niedaleko centrum. To barokowe miasteczko często opisywane jest jako perła Apulii, a choć nas aż tak może nie zachwyciło - w końcu niejedno zabytkowe włoskie miasto już się w życiu widziało - było jednak przyjemnym miejscem na postój połączony ze zwiedzaniem. Jako że byliśmy tu na początku stycznia, wąskie uliczki i place wciąż były ozdobione w bożonarodzeniowym klimacie, co stanowiło niezły kontrast z całkiem ciepłym i słonecznym dniem :). Najpierw zawitaliśmy do informacji turystycznej, gdzie zaopatrzyliśmy się w darmową mapkę miasta, a potem ruszyliśmy na zwiedzanie.
Spacerując po centrum, szybko natrafiliśmy na jeden z jego najbardziej charakterystycznych punktów -Piazza Maria Immacolata, plac do połowy otoczony XIX-wiecznymi arkadami, który nie bez powodu przyciąga tłumy, zarówno turystów, jak i miejscowych. Niedaleko wznoszą się najważniejsze budynki miasta: Pałac Uniwersytecki (Palazzo dell'Università) z XVIII-wieczną wieżą zegarową (Torre dell'Orologio) - z zamkniętymi drzwiami i brakiem informacji o zwiedzaniu, więc zakładam, że wejść na górę się raczej nie da. Na szczęście dało się wejść do położonej obok bazyliki św. Marcina, wcelowaliśmy się idealnie, bo chwilę przed zamknięciem świątyni na czas sjesty.
To właśnie od św. Marcina z Tours wzięła się pierwsza część nazwy miasta. Nic więc dziwnego, że poświęcona mu bazylika zbudowana w połowie XVIII wieku jest dziś najważniejszym kościołem w Martina Franca. Wstęp tutaj jest darmowy, a we wnętrzach królują barok i rokoko. To ładna świątynia, choć chyba zwiedziłam już ich za dużo, by zachwycać się każdym barokowym wnętrzem, jakie mam okazję oglądać ;). Ciekawe są ołtarze - zarówno główny, jak i boczne; zaskakująco prosta jak na tę epokę ambona... Wiadomo, trzeba zajrzeć do środka, będąc już w Martina Franca, ale cudów się nie spodziewajcie ;).
Zdecydowanie większą ciekawostką okazał się pałac książąt Caracciolo (Palazzo Ducale) położony przy Piazza Roma. Zbudowana w XVII wieku na miejscu dawnego średniowiecznego zamku rezydencja dziś jest siedzibą miejskich urzędów, ale część pałacu można zwiedzać. Co więcej, nie ma tu oficjalnych biletów wstępu - przy wejściu płaci się dowolną kwotę, a pieniądze idą na dalsze renowacje budynku. Można obejrzeć kilka pomieszczeń na piętrze, wszystkie z pięknie pomalowanymi ścianami i sklepieniami, za to niemal bez mebli. W środku nie spędzi się dużo czasu, ale myślę, że naprawdę warto zostawić tutaj kilka euro i rozejrzeć się po pałacu :).
Po zakończonym zwiedzaniu wnętrz i spacerze po uliczkach starego miasta, wybraliśmy się na ostatni spacer - dookoła zabytkowego centrum. Według mapki z informacji, można było tu natrafić na kilka starych kościołów (owszem, ale wszystkie były zamknięte), punkt widokowy na okolicę z widocznymi gdzieniegdzie stożkowymi dachami trulli czy bramy miejskie. Odkrywanie Martina Franca zakończyliśmy niedaleko parkingu, przy punkcie oznaczonym na mapce jako La Lama. To najstarsza i jedna z najpopularniejszych dzielnic miasta (choć dawniej należała do najbiedniejszych), z charakterystycznymi białymi domkami. Na szczęście nie przyszło nam ciężko żegnać się z Martina Franca, bo białych domków mieliśmy mieć jeszcze całkiem sporo... a samo miasteczko, choć ma swój urok, to jednak większego wrażenia na nas nie wywarło.
A po więcej białej zabudowy wystarczyło pojechać do Ostuni, nazywanego zresztą Białym Miastem, jak już wspomniałam na początku wpisu. Wznoszące się na wzgórzu jasne budynki, tworzące zabytkowe centrum Ostuni, są świetnie widoczne już z pewnej odległości - aż szkoda, że nie zatrzymaliśmy się nigdzie po drodze, żeby zrobić zdjęcie, bo jak się już jest w samym mieście, to aż tak tego nie widać :). Do historycznego centrum nie można wjechać samochodem, a że planowaliśmy zostać tu na trzy noce, trzeba było rozejrzeć się za parkingiem w jak najbliższej okolicy. W końcu właściciel wynajmowanego mieszkania załatwił nam po taniości parking u jakiegoś swojego znajomego, ale polecać tu nie będę, bo ich regularne ceny były tak wywalone w kosmos, że niewiele samochodów tam stało ;). Ale jeśli szukacie fajnego mieszkania (dla pary, bo jest jeden pokój z łóżkiem podwójnym tylko... i duże jacuzzi) w samym centrum Ostuni, to szczerze polecam Camilla Luxury Suite.
Ostuni jest położone kilka kilometrów od wybrzeża, więc mamy stąd piękne widoki na morze, ale do ewentualnej plaży to już lepiej podjechać ;). Za to położenie na wzgórzu ma tę konsekwencję, że spacer po mieście to ciągłe schody i podejścia - góra dół, góra dół... I kompletny labirynt uliczek, po którym Google Maps nie zawsze prowadzi najkrótszą drogą. Trzeba jednak przyznać, że to jest właśnie największy urok Ostuni, bo zabytków tu wiele nie ma, ale wąskie uliczki i liczne schody otoczone bielonymi domami, nad którymi górują szare bryły kościołów... To robi wrażenie :).
Najważniejszym kościołem w miasteczku jest katedra p.w. Wniebowzięcia NMP - trafimy tu przechodząc pod pięknym, XVIII-wiecznym łukiem (Arco Scoppa) inspirowanym weneckim Mostem Westchnień. Spod łuku mamy chyba najpiękniejszy kadr na katedrę, a tuż przy nim znajdziemy niewielką cukiernię z bardzo dobrymi lodami i pieczywem, a wszystko w przystępnych cenach. Codziennie jedliśmy tu śniadanie i codziennie się dziwiliśmy, jak mało przyszło nam płacić :). A sama katedra to oryginalnie romańska, średniowieczna świątynia przebudowana w stylu gotyckim po trzęsieniu ziemi z 1456 roku. Do środka wejść się nie udało, bo budynek był zamknięty na cztery spusty, zaś na drzwiach wisiała kartka, że coś się w środku posypało i dopóki nie ogarną remontu, zwiedzać nie można. Jak widzę po opiniach w Google Maps, remontu dalej nie przeprowadzono i termin ponownego otwarcia katedry pozostaje nieznany...
Więcej szczęścia mieliśmy przy Piazza della Libertà - głównym placu Ostuni. Stoi tutaj kolumna św. Orontiusa z Lecce, patrona zarówno swojego rodzinnego miasta, jak i Ostuni. Dominującą budowlą na placu jest ratusz i przylegający do niego kościół św. Franciszka. Ta bliskość przestaje dziwić, gdy człowiek usłyszy, że ratusz przejął budynek należący niegdyś do klasztoru franciszkanów (no, może nie bezpośrednio, ale pozwolę sobie tu odpuścić historyczne szczegóły ;) ). Do klasztornego kościoła wciąż można wejść, z czego oczywiście skorzystałam. Świątynia pochodzi z początku XIV wieku, choć jej wygląd to efekt późniejszych przebudów i renowacji, wnętrze to XVIII-wieczny barok. Dość prosty, ale na początku stycznia światełka choinkowe dodawały kościołowi uroku.
Dużym zaskoczeniem był dla mnie powrót na Piazza della Libertà po zmroku - liczyłam, że budynki będą ładnie oświetlone, ale nie spodziewałam się, że aż tak :). Zakładam, że był to dodatek do dekoracji świątecznych, ale nie mam tu porównania do innych miesięcy. W styczniu Ostuni zostało podświetlone fioletowymi i niebieskimi światłami, po których przemieszczały się gwiazdki lub kropki - na białych budynkach dawało to naprawdę ładny efekt. Zwłaszcza że to nie tylko budynki przy głównym placu zostały tak podświetlone, czasem wystarczyło się zapuścić w różne zaułki Białego Miasta, by trafić na świetlną niespodziankę.
Zresztą Ostuni w okresie okołoświątecznym też jest miejscami ładnie udekorowane, choć wiadomo, że nie ma co tu porównywać do Locorotondo i jemu podobnych. Ja chciałam zobaczyć to miasteczko niezależnie od świątecznego klimatu - interesowało mnie samo Białe Miasto z jego architekturą i zabytkami. Cieszę się, że się tu zatrzymaliśmy, choć więcej niż kilku godzin na zwiedzanie Ostuni nie potrzebowaliśmy. Tu fajnie po prostu pospacerować, wejść do którejś z klimatycznych knajpek na pizzę i Aperola, porobić trochę zdjęć... a potem ruszyć w dalszą trasę, w końcu w Apulii jest naprawdę wiele do zobaczenia :).


0 Komentarze