Advertisement

Main Ad

Budapeszt na weekend

Węgierską stolicę znamy całkiem dobrze - każde z nas było tu już ładnych parę razy. Na tyle dużo, że przestaliśmy wybierać się tam na zwiedzanie, a jeździliśmy w innych celach, np. wygrzać się w termach czy zobaczyć tamtejsze jarmarki świąteczne. Oczywiście nie znaczy to, że w Budapeszcie widzieliśmy już wszystko ;). Wręcz przeciwnie, od czasu do czasu pojawiają się nowe pomysły na zwiedzanie albo minęło już tyle czasu od wizyty w danym miejscu, że nie zaszkodziłoby tam znowu zajrzeć - na ten przykład w węgierskim parlamencie byłam ostatnio w 2011 roku... Jednak po ostatnim wypadzie do Budapesztu w grudniu 2024 r. stwierdziliśmy, że na razie nam wystarczy. Po pierwsze, powoli zaczynało nam się nudzić oglądanie ciągle tych samych miejsc. A po drugie, byliśmy niemiło zaskoczeni tempem wzrostu cen. Tak, ja wiem, że wszystko wszędzie drożeje, ale Budapeszt naprawdę idzie na rekord. Już dawno do historii przeszły czasy, gdy przyjeżdżało się tutaj i zachwycało niskimi cenami oraz darmowym wstępem do wielu atrakcji. A jednak byłam czasem wręcz zszokowana cenami, gdy przyszło mi znów planować wizytę w węgierskiej stolicy. Gdy moi rodzice zapowiedzieli się z czerwcową wizytą w Wiedniu, Budapeszt wydał mi się fajnym pomysłem na weekendowy wypad. Oni byli tam tylko raz, na jednodniowej wycieczce z Polski, więc widzieli tylko kawałek tego, co miasto ma do zaoferowania. My zaś od lat nie zwiedzaliśmy Budapesztu porządnie, chodząc turystycznymi szlakami, więc powoli zaczął się klarować plan na weekend...
Planowanie okazało się nieco utrudnione przez fakt, że decyzję o przyjeździe tutaj podjęliśmy z mniej więcej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Tymczasem Budapeszt jest miejscem bardzo turystycznym, a czerwiec to już sezon, zwłaszcza czerwcowy weekend. Poszczęściło nam się z noclegiem, ale zakup biletów do różnych atrakcji był już wyzwaniem - w sezonie takie miejsca jak parlament czy opera wyprzedają się z niemałym wyprzedzeniem. I tak, udało mi się kupić bilety i tu i tu, ale opera w środku soboty, a parlament w środku niedzieli... Tymczasem miejsca te leżą nie tak daleko od siebie i super byłoby je połączyć jednego dnia z katedrą, poświęcając cały dzień zwiedzaniu Pesztu. A na drugi zostawić sobie Budę ze wzgórzem zamkowym... Centrum Budapesztu jest całkiem spore i żeby wszystko zejść w weekend, dobrze sobie zawczasu poukładać, co i w jakiej kolejności chcemy zwiedzać. Fakt, że zarówno w sobotę, jak i w niedzielę musieliśmy być w środku dnia w centrum Pesztu, bardzo ograniczył moje plany na Budę. Oczywiście poukładałam to jakoś, nie pierwszy raz to się robiło, ale dużo lepiej byłoby dopasowywać atrakcje do planu a nie plan do atrakcji ;). Na szczęście mogliśmy odpuścić dwa miejsca wymagające trochę więcej czasu na dojście / dojazd: Plac Bohaterów (Hősök tere) i Górę Gellerta, o które rodzice zahaczyli kiedyś ze swoją wycieczką, więc teraz mogłam skupić się na samym centrum. Podjechaliśmy metrem (obecnie bilet jednorazowy kosztuje 500 forintów - 5,90 zł) pod słynną Wielką Halę Targową (Nagycsarnok) zbudowaną pod koniec XIX wieku. To idealne miejsce na zakup pamiątek czy lokalnych węgierskich produktów jak różnego rodzaju papryki czy tokaju :).
Przespacerowaliśmy się wzdłuż Dunaju pomiędzy widocznym na jednym z powyższych zdjęć Mostem Wolności (Szabadság hid) a Mostem Elżbiety (Erzsébet híd), by na wysokości tego drugiego znów odbić w głąb Pesztu, w dzielnicę Erzsébetváros. To dawna żydowska dzielnica, której swego czasu poświęciłam oddzielny wpis, więc nie będę się powtarzać - zapraszam do żydowskiego Budapesztu ;). Swoją drogą, miasto Elżbiety - bo tak tłumaczy się nazwę tej dzielnicy - to nie jedyna taka pamiątka po Habsburgach na mapie węgierskiej stolicy. Po dziś dzień wiele centralnych dzielnic nosi imiona habsburskich władców, jak chociażby TerézvárosLipótvárosJózsefváros czy Ferencváros. Najważniejszym zabytkiem w żydowskiej części Budapesztu jest zdecydowanie Wielka Synagoga przy ul. Dohany (Dohány utcai zsinagóga). Zwiedzałam ją 4 lata temu (zobacz wpis) i wtedy za wstęp z przewodnikiem zapłaciłam 7.000 forintów. Cóż, ta cena też już należy do historii... Ta największa w Europie synagoga jest niewątpliwie ciekawa i cieszę się, że kiedyś udało mi się ją zwiedzić, bo tego lata cena nas zniechęciła. Obecnie wstęp do synagogi - bilet obejmuje też niewielkie muzeum - kosztuje 14.500 forintów (171,30 zł), co uważam za spore przegięcie jak na wstęp do świątyni. Obeszliśmy budynek z zewnątrz, zajrzeliśmy przez płot i to musiało rodzicom wystarczyć ;).
Nie mogliśmy sobie jednak odpuścić zwiedzanie najważniejszej katolickiej świątyni w Budapeszcie, czyli katedry św. Stefana (Szent István-bazilika). Choć właściwie to konkatedra, bo należy do łączonej diecezji Budapeszt-Ostrzyhom i to w tej dawnej węgierskiej stolicy znajduje się największy kościół w kraju, no i zarazem druga katedra ;). Ta budapesztańska została zbudowana w drugiej połowie XIX wieku w stylu neoklasycznym i warto zajrzeć do środka. Wstęp do samej świątyni kosztuje 2.600 forintów (30,75 zł), a jeśli chcecie zobaczyć też niewielki skarbiec i zajrzeć na taras widokowy, to bilet łączony na całość kosztuje 6.800 forintów (80,35 zł). Najbardziej warta odwiedzenia jest sama katedra, w której znajduje się też relikwia prawicy św. Stefana. Z tarasu przy kopule mamy ładny widok na centrum Budapesztu, jedynie skarbiec nie wywarł na mnie szczególnego wrażenia. Znów, o katedrze pisałam bardziej szczegółowo przed laty - wpis znajdziecie tutaj. Wtedy jeszcze do samego kościoła wchodziło się za darmo... ;)
A katedrę to już tylko kilkaset metrów dzieli od kolejnej atrakcji, która była nowością i dla mnie - w Węgierskiej Operze Państwowej (Magyar Állami Operaház) jeszcze mnie nie było. To miejsce mama wypatrzyła na jakiś tydzień przed wyjazdem i jeśli chodzi o cały kolejny weekend, bilety były dostępne tylko na jedną trasę, wszystkie inne godziny już wyprzedane... A ludzi było naprawdę mnóstwo, w hali wejściowej zgromadził się spory tłum. Po raz pierwszy też spotkałam się z taką przebitką cenową, jeśli chodzi o trasy po angielsku i w języku ojczystym - zwłaszcza w Europie, gdzie w popularnych atrakcjach nieraz łatwiej dołączyć do zwiedzania po angielsku niż w innym języku. Tymczasem za godzinne zwiedzanie opery po angielsku zapłaciliśmy 12.000 forintów (141,70 zł) od osoby, podczas gdy znający węgierski płacili jedynie 6.400 (75,55 zł).
Nie da się jednak zaprzeczyć, że wnętrza opery robią wrażenie. Budynek powstał w drugiej połowie XIX wieku, a za budowę odpowiadał architekt Miklós Ybl. Przewodniczka opowiadała, że cesarz Franciszek Józef zabronił budować operę większą niż ta w Wiedniu... ale zapomniał zabronić zbudowania piękniejszej ;). Cóż, mi osobiście też budapesztańska opera podobała się bardziej od wiedeńskiej :). Samo zwiedzanie, jak już wspomniałam, trwa godzinę - zaczyna się od pięknej klatki schodowej, potem przechodzi się do głównej sali, gdzie przewodnicy snują najdłuższą opowieść, następnie przechodzi się do foyer, można zobaczyć też cesarską klatkę schodową i lożę. Na sam koniec trasy przysiedliśmy na schodach, a dwójka śpiewaków operowych wystąpiła przed turystami a capella. Jak nie jestem fanką opery, to nie zaprzeczę, ładne to było :).
Teraz pozwolę sobie trzymać się sensowniejszej kolejności zwiedzania, a nie przeskakiwać między Budą a Pesztem, jak to sami robiliśmy w praktyce ;). Spod opery można podejść na Plac Wolności (Szabadság tér) otoczony takimi budynkami jak siedziba Węgierskiego Banku Narodowego, stary Pałac Giełdy czy ambasada USA. My trafiliśmy tu też na jakieś wydarzenia, rozstawiono scenę i sporo budek z jedzeniem i napojami. Przy placu znajdziemy również kilka pomników, w tym dwa najbardziej z tym miejscem związane: Pomnik Bohatera Sowieckiego (w podzięce dla Armii Czerwonej za wyzwolenie Węgier...) - dość ciekawie umiejscowiony między pomnikami Busha i Reagana; oraz Pomnik Ofiar Niemieckiej Okupacji / Holokaustu z niewielką fontanną. A stamtąd to już tylko 500 metrów i znajdziemy się przed najbardziej znanym budapesztańskim budynkiem: parlamentem.
Budynek Parlamentu Węgierskiego (Országház) to prawdziwa perełka na mapie Budapesztu. Położony nad samym Dunajem najlepiej prezentuje się z drugiej strony rzeki, co nie znaczy, że nie warto podejść do niego bliżej :). Wart uwagi zarówno za dnia, jak i wieczorową porą, bo po zmroku parlament jest też fajnie podświetlony. Podczas naszego spaceru wokół budynku co kilka minut puszczano obłoki pary, które schładzały powietrze i tworzyły fajny klimat :). Mieliśmy trochę czasu, zanim przyszła nasza pora zwiedzania, więc zaczęliśmy od oglądania tego, co z zewnątrz. W sąsiedztwie parlamentu znajdziemy kilka ważnych pomników, chociażby takich polityków jak Lajos Kossuth czy Gyula Andrássy. Wzrok przyciągają też pomniki położone bliżej rzeki: siedzący na schodach poeta József Attila oraz charakterystyczna rzeźba Buty na brzegu Dunaju - poświęcona ofiarom faszystów (Strzałokrzyżowców).
Wreszcie przyszła nasza pora zwiedzania parlamentu :). Bilety tutaj trzeba kupować z wyprzedzeniem przez internet - na miejscu też jest dostępna jakaś pula biletów, ale w sezonie podobno jeszcze przed otwarciem ustawiają się po nie kolejki. Ja patrzyłam na stronę z trochę ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem... i wszystko było wyprzedane do naszego weekendu włącznie. Na szczęście przy dużym zainteresowaniu udostępniają bilety na dodatkowe trasy, a ja zaglądałam na stronę regularnie i udało mi się złapać wejściówki na niedzielę. Bilet dla dorosłego obywatela UE kosztuje 7.000 forintów (82,70 zł), a na zwiedzanie wybraliśmy się z audioguidem w języku polskim. Warto pamiętać, że bilety musimy mieć papierowe, więc jeśli nie macie możliwości wydrukowania, to trzeba przed trasą podejść do kasy i poprosić o bilet. 
Parlament budowano w latach 1885-1904 według projektu architekta Imre Steindla i całość jest urządzona naprawdę na bogato. Jako że od mojej poprzedniej wizyty w środku minęło ponad 15 lat, sporo już zapomniałam i budynek na nowo wywarł na mnie niemałe wrażenie. Mnóstwo złota, pięknych dekoracji i różnych ciekawostek. Co zmieniło się od mojej poprzedniej wizyty, to to, że teraz w sali z koroną św. Stefana nie można już robić zdjęć - na szczęście w pozostałych pomieszczeniach nikt nie robi z tym problemów. Zwiedzanie trwa ok. 45 minut, a do każdej grupy z audioguidem dołączony jest też przewodnik, który pilnuje, którędy idzie grupa i ile czasu spędza w poszczególnych pomieszczeniach.
Czas teraz porzucić Peszt na rzecz Budy i przenieść się na drugą stronę Dunaju. Można to zrobić metrem lub tramwajem, ale jeśli pogoda pozwala, to naprawdę warto zdecydować się nie na taki znowu długi spacer :). Rzekę przekroczyliśmy po słynnym Moście Łańcuchowym (Széchenyi lánchíd) z pierwszej połowy XIX wieku - pierwotnie, bo obecny został odbudowany po II wojnie światowej. Z obu stron mostu bronią kamienne lwy wyrzeźbione przez Jánosa Marschalka. Gdy przejdziemy Mostem Łańcuchowym, znajdziemy się u stóp wzgórza zamkowego, na szczyt którego można wejść krótkim spacerem albo wjechać kolejką wagonikową z XIX wieku (również, jak most, odbudowaną po wojnie). Przejazd w jedną stronę kosztuje 4.500 forintów (53,15 zł), a w obie - 5.500 (64,95 zł), co uznaliśmy za zdecydowane przegięcie, szczególnie że wjazd trwa może ze 2-3 minuty, a spacer na górę niespiesznym tempem to ledwo kilkanaście minut...
Zamek królewski w Budzie swoją historią sięga średniowiecza, bo to tutaj swoją siedzibę w XIII wieku kazał zbudować Bela IV z dynastii Arpadów. Obecna budowla to powojenna rekonstrukcja barokowego zamku z połowy XVIII wieku. Po wzgórzu i terenach zamkowych można swobodnie spacerować - mamy stąd ładny widok na Dunaj i Peszt z parlamentem, ale i sam budynek pałacu robi wrażenie. Płatne są już muzea w środku: Węgierska Galeria Narodowa (5.800 forintów / 68,50 zł) czy Muzeum Historyczne (3.800 forintów / 44,90 zł). No i oczywiście sala św. Stefana, najbardziej reprezentacyjna część zamku, którą można zwiedzać na biletach łączonych z Muzeum Historycznym lub samodzielnie (4.900 forintów / 57,90 zł). My na wzgórze zamkowe dotarliśmy późnym popołudniem, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania tylko z zewnątrz ;).
O tym, że na wzgórzu zamkowym można zwiedzać też podziemia, dowiedziałam się od M., który przed laty uczestniczył w takiej trasie. To jaskinie połączone tunelami, łącznie ciągnącącymi się na wiele kilometrów - najstarsze sięgają czasów średniowiecznych, nowsze służyły za schronienie podczas II wojny światowej i zostały odpowiednio zaadaptowane. Te kilka lat temu M. uczestniczył w trasie organizowanej przez Labirintus, tym razem zarezerwowałam nam bilety przez Get Your Guide u Duna-Ipoly Nemzeti Park. Z każdą z firm zwiedza się inną część podziemi, ale ceny biletów są zbliżone - kosztują ok. 17 € (73,15 zł). Zwiedzanie, naturalnie, odbywa się z przewodnikiem, a trasa trwa plus minus godzinę. Można się tu sporo dowiedzieć o historii Budapesztu i ciekawostek o samym wzgórzu zamkowym - fajna odmiana od spaceru po centrum miasta, szczególnie w deszczowy dzień.
Nie schodząc jeszcze ze wzgórza, odbiliśmy na północ i dotarliśmy do jednego z niewielu bardzo popularnych miejsc w Budapeszcie, gdzie dotąd nie udało mi się zajrzeć do środka... ;) Kościół Macieja (Mátyás templom) - oficjalnie kościół NMP - góruje nad Budą i jest jedną z najbardziej charakterystycznych świątyń w stolicy. I tym razem nie udało mi się zajrzeć do środka, bo gdy tu dotarliśmy, godziny otwarcia już minęły. Bilet wstępu do świątyni kosztuje 3.400 forintów (40,20 zł) - całkiem sporo, ale i tak bym weszła, gdybyśmy mogli inaczej ułożyć zwiedzanie miasta ;). Kościół w stylu gotyckim zbudowano w XIV i XV wieku, choć podobno już wcześniej znajdowała się tu romańska świątynia. Obok znajdziemy równie ciekawy i ładny budynek Ministerstwa Finansów z kolumną Świętej Trójcy na placu przed wejściem.
A jak kościół Macieja, to i Baszta Rybacka (Halászbástya), bo te dwie budowle położone są tuż obok siebie i niezmiennie przyciągają tłumy turystów. Zbudowana na przełomie XIX i XX wieku w miejscu, gdzie wcześniej stały mury miejskie, a uważa się, że w średniowieczu w tym miejscu pod murami mieszkali rybacy - stąd i nazwa baszty. Współcześnie to piękna platforma widokowa, choć żeby wejść na jej górną część, trzeba zapłacić 1.700 forintów (20,10 zł) - kto by pomyślał, że jedna z najpopularniejszych atrakcji Budapesztu będzie też jedną z najtańszych ;). Jednak nawet z dolnej, darmowej części baszty mamy piękny widok na drugą stronę Dunaju i budynek parlamentu. Tylko trzeba liczyć się z tym, że to najlepszych punktów widokowych ustawiają się kolejki... ;)
A weekend w Budapeszcie najlepiej skończyć na Wyspie św. Małgorzaty (Margitsziget), która ma znacznie więcej do zaoferowania, niż byśmy byli w stanie ogarnąć jednego wieczora - zwłaszcza po mocno intensywnym dniu. W sezonie co godzinę uruchamiana jest Muzyczna Fontanna, wieczorami zaś dochodzi do tego fajny pokaz świateł. Nawet jeśli już niejeden taki pokaz się w życiu widziało, zawsze to przyjemność do oglądania :). A ten w Budapeszcie dodatkowo pokazuje w rytm muzyki najważniejsze postacie dla węgierskiej historii, kultury czy sportu.
Oczywiście mam świadomość, że taki weekend nie oddaje w pełni wszystkiego, co węgierska stolica ma do zaoferowania - zresztą bądźmy szczerzy, weekend to za mało, by dobrze poznać Budapeszt :). Myślę jednak, że całkiem sporo udało nam się zobaczyć, no i tak wydaliśmy miliony monet, może i lepiej, że nie na wszystko był czas... ;) W ogóle pod kątem cen restauracji to Budapeszt jest już moim zdaniem na poziomie Wiednia, co jeszcze przed laty było dla mnie nie do wyobrażenia. Ciekawe, kiedy znów przyjdzie nam tu zawitać - raczej nie za szybko...

Prześlij komentarz

0 Komentarze