To zawsze swego rodzaju wyzwanie, gdy do oddania samochodu i wylotu mamy tylko kilka godzin, a to, co ciekawiło nas w okolicy miejsca noclegowego, już dawno zwiedziliśmy... Tak samo było po tygodniowym pobycie na Gran Canarii, więc ostatniego dnia postanowiliśmy skupić się po prostu na tym, co można zobaczyć w pobliżu lotniska. No, może za wyjątkiem oddalonego od niego o jakieś 15 minut jazdy miasteczka Agüimes i okolicznych wąwozów, bo te też już zdążyliśmy zobaczyć wcześniej ;). Plan nie był intensywny, bo zanim zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy z Maspalomas, też upłynęło trochę czasu. A na pierwszy ogień poszło miejsce, gdzie wiedziałam, że zatrzymamy się tylko na chwilę... ale i tak chciałam się tam zatrzymać ;).
Miejscem tym były saliny położone tuż obok miejscowości Pozo Izquierdo - Salinas de Tenefé. To jedno z najstarszych tego typu miejsc na Gran Canarii, sól pozyskuje się tu już od 250 lat. Jeśli przyjedziecie tu na tygodniu, w lokalnym sklepiku możecie wypożyczyć za 5€ audioguide'a i z nim zrobić ok. 2-kilometrową rundkę po salinach. W większej grupie można się nawet załapać na zwiedzanie z przewodnikiem, choć to podobno wymaga wcześniejszej rezerwacji. My przyjechaliśmy tu w weekend, więc żadnej z tych opcji nie mieliśmy - mogliśmy co najwyżej pospacerować wśród zasychających solnych kwadratów na własną rękę. Ciekawie to wygląda, nie da się zaprzeczyć, ale tablic informacyjnych tu niewiele - bez przewodnika, choćby tego na słuchawkach, nie spędziliśmy tu dużo czasu.
Następnie ruszyliśmy do oddalonego o 11 km na północ od lotniska Telde, gdzie planowaliśmy spędzić większość pozostałego nam czasu. Telde to drugie po Las Palmas największe miasto Gran Canarii, liczące sobie ok. 100 tys. mieszkańców. A także najstarsze miasto na wyspie, co mnie zaskoczyło, bo nawet nie miałam go w swoich pierwotnych planach na zwiedzanie Gran Canarii. Cóż, Telde nie jest szczególnie turystyczną miejscówką, mimo ciekawej historii, i było to widać - naprawdę w wielu miejscach spacerowaliśmy tutaj sami, bez tłumu innych turystów. Do tego bez większego problemu zaparkowaliśmy samochód po prostu przy ulicy, choć musieliśmy odjechać kawałek od ścisłego centrum - tam było pełno... ;) A potem ruszyliśmy na zwiedzanie, nieco na spontanie, bo informacja turystyczna też była zamknięta w weekendy, więc nie udało się zorganizować mapki ;).
Pierwszym miejscem, na zwiedzanie którego się skusiłam, był położony obok zamkniętej informacji turystycznej kościół św. Jana Chrzciciela (Basílica de San Juan Bautista). Budowę świątyni rozpoczęto z końcem XV wieku w miejscu wcześniejszej, która się zawaliła - tylko kompletnie niepasujące do niej wieże dodano już w XX wieku ;). W środku znajdziemy wiele liczących kilkaset lat perełek, a największą z nich jest XVI-wieczny, gotycki ołtarz z cudowną figurą Chrystusa, Santísimo Cristo de Telde. Z podobnego okresu pochodzi sprowadzony z Flandrii tryptyk maryjny - zarówno tryptyk, jak i ołtarz zostały podarowane bazylice przez Cristóbala García del Castillo, hiszpańskiego konkwistadora. Kościół Jana Chrzciciela w Telde to zdecydowane must-see na Gran Canarii i nie mogę uwierzyć, że tak niewiele brakowało, a byśmy tu nie zajrzeli - zwiedzanie miasta było dość spontaniczną decyzją podjętą ostatniego dnia...
Jedną z większych ciekawostek w Telde jest zabytkowy akwedukt z połowy XIX wieku, zwany akweduktem Ines Chemida od nazwy ulicy, wzdłuż której biegnie. Za projekt odpowiadał inżynier Don Juan de León y Castillo. W pobliżu znajduje się staw, kiedyś robiący za zbiornik gromadzący wodę, a w samej okolicy Telde zbudowano więcej akweduktów, jednak ten, biegnący przez samo centrum miasta, jest zdecydowanie najpopularniejszy. Kawałek dalej rozpoczyna się dzielnica św. Franciszka, druga część - obok dzielnicy św. Jana Chrzciciela - starego miasta w Telde.
Jest to niewątpliwie najpiękniejsza część Telde :). Pełna charakterystycznej, kanaryjskiej zabudowy, znad której gdzieniegdzie wybijają się strzeliste palmy. Naturalnie centralnym punktem dzielnicy jest klasztor i kościół św. Franciszka z XVII wieku, do którego jednak wejść nam się nie udało - z tego, co czytam w internecie, to większość turystów odbija się tutaj od zamkniętych drzwi. Tuż obok kościoła znajdziemy punkt widokowy na okolicę, a przy nim pomnik pary - lokalnego poety Saula Toróna oraz jego żony, śpiewaczki Isabel Macario. Oczywiście nie ograniczyliśmy się tu tylko do placu przy kościele, cała dzielnica św. Franciszka warta jest uwagi i dłuższego spaceru, zwłaszcza że turystów naprawdę nie ma tu wielu :).
Inną XVI-wieczną świątynią, którą mogliśmy oglądać tylko z zewnątrz, była kaplica św. Piotra Męczennika - z powrotem w dzielnicy św. Jana. Obok stoi charakterystyczny pomnik El Faycán przedstawiający dawnego mieszkańca tych okolic, z czasów sprzed hiszpańskiego podboju Kanarów. Nie rozglądaliśmy się za to za żadnymi muzeami, choć tych w Telde na pewno też nie brakuje - inna bajka, czy byłyby otwarte w weekend... ;) Gdy jednak zauważyliśmy, że zaczynamy wracać w te same miejsca, spacerując po starym mieście, uznaliśmy, że chyba czas się stąd zwijać. A że wciąż mieliśmy trochę czasu, zanim musieliśmy się stawić na lotnisko, pomyślałam, że nie ma co wracać na główną drogę GC-1, tylko można odbić w jedną z mniejszych i jeszcze coś zobaczyć po drodze...
Tym ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy na Gran Canarii, zanim ruszyliśmy z powrotem do Wiednia, był kompleks jaskiń Cuatro Puertas, czyli Cztery Drzwi. Trzeba podjechać mniejszą drogą i konkretnego parkingu tu nie znajdziemy, ale dało się zatrzymać na poboczu przed wejściem na ścieżkę biegnącą do jaskiń. Już na start towarzyszyły nam piękne widoki na okolicę, bo Cuatro Puertas jest położone nieco wyżej (i na szczęście większość przewyższenia pokonuje się samochodem ;) ). Przy wejściu na ścieżkę wypatrzyłam tablicę informacyjną po hiszpańsku, angielsku i niemiecku, ale na wersję angielską chyba skończyły im się spacje, bo cały tekst był napisany ciągiem bez odstępów...
Cuatro Puertas to kompleks jaskiń, które stanowiły dla rdzennej ludności Gran Canarii - jeszcze przed przybyciem Hiszpanów - miejsce schronienia, przechowywania żywności oraz obrzędów religijnych. Cztery Drzwi w nazwie tego miejsca odnoszą się do najbardziej znanej z jaskiń z czterema charakterystycznymi otworami. Ta całkiem spora jaskinia została ręcznie wykuta w tufie wulkanicznym, a większość archeologów uważa, że było to święte miejsce - nieco wyżej znajduje się też almogarén, obszar, gdzie najprawdopodobniej odprawiano rytuały i składano ofiary. Tam już nie wchodziłam, bo skały były nierówne i miejscami dość strome, a ja wciąż miałam problemy ze stopą, ale na zdjęciach wygląda to dość prosto... ;)
Obeszliśmy wzgórze, zaglądając jeszcze do kilku jaskiń, i byliśmy gotowi, by kierować się z powrotem do samochodu, gdy zaczepił nas jakiś młody chłopak pytaniem, czy byliśmy też za zakrętem, dalej ścieżką, której początkowo nie zauważyłam. Był to chyba miejscowy oprowadzający jakąś dziewczynę - poza nami nie było tu żadnych odwiedzających - a jego rada okazała się strzałem w dziesiątkę. Inaczej przegapilibyśmy najbardziej widowiskową część kompleksu, czyli Cueva de los Pilares. Liczne otwory w skałach, połączone schodkami i tunelami i położone na różnej wysokości okazały się zdecydowanie najpiękniejszą i najciekawszą miejscówką na Cuatro Puertas. Tak, dużo ciekawszą od samych drzwi ;). Stąd jednak przyszło nam już ruszać na lotnisko i wracać do domu, jednak z mocnym przekonaniem, że na Kanary musimy wrócić - Gran Canaria okazała się dużo fajniejszym miejscem, niż się tego spodziewaliśmy :).

0 Komentarze