Advertisement

Main Ad

Wrota pustyni, czyli Tunezja z Itaką

Tunezja nigdy nie była moim marzeniem podróżniczym. Liczyłam się z tym, że pewnie kiedyś tam trafię - w końcu ciągnie mnie wszędzie tam, gdzie mnie jeszcze nie było ;) - ale nie planowałam tego w najbliższej przyszłości. Kiedy jednak zaczęłam myśleć o listopadowym urlopie, to właśnie Tunezja wpadła mi w oko. Miało być w miarę blisko, dość ciepło, a przy tym sensownie finansowo, zaś Tunezja rezerwowana z polskimi biurami podróży wychodziła taniej od takiej Grecji czy Hiszpanii. All inclusive na plaży nie wchodziło jednak w grę, chciałam trochę pozwiedzać i po wstępnym przejrzeniu ofert wahałam się między objazdówkami w Rainbow i Itace. Oba biura oferowały podobną trasę zwiedzania, różniła się tylko kolejność odwiedzanych miast, program Rainbowa był jednak dużo bogatszy - więcej zabytków do obejrzenia, poza tym ostatni dzień na Djerbie też był objazdówką po wyspie, podczas gdy Itaka proponowała tutaj dzień wolny. I przy tym wszystkim Rainbow wychodził też odrobinę taniej... No, nie było się co wahać, chciałam rezerwować... I się nie dało, strona internetowa nie pozwalała na wybór objazdówki bez przedłużenia pobytu o kolejny tydzień all inclusive - a taka oferta przecież wyraźnie widniała na stronie. Próbowałam się z nimi skontaktować, ale zaproponowali mi jedynie, że zrobią rezerwację za mnie - po innej, wyższej cenie niż dostępna w internecie... Podziękowałam, wybraliśmy Itakę. Z perspektywy minionego wyjazdu myślę sobie, że może lepiej byłoby dopłacić za Rainbowa, bo z Itaką zrealizowało się jeszcze mniej, niż było w ich programie, a ten był przecież już skromniejszy niż u konkurencji. Z drugiej strony wolę nie myśleć, o której trzeba by było wstawać na zwiedzanie, bo w listopadzie dzień jest przecież krótszy. Tutaj przez całą wycieczkę pobudka była najpóźniej o 6, co trochę rozjeżdża mi się z definicją urlopu wypoczynkowego, a najwcześniej wstawaliśmy o 4:50 na wschód słońca. Wycieczka z Rainbowa, która jednej nocy spała w tym samym hotelu, zbierała się już o 4...
Jako miejsce wylotu wybraliśmy Katowice, bo to z Wiednia tylko 4,5 godziny jazdy. Lot był o 3:30, więc po prostu poprzedniego dnia wróciłam z pracy, spakowałam się i wyruszyliśmy w drogę, by dotrzeć na lotnisko ok. północy. Potem odbiór vouchera hotelowego z biura Itaki, nadanie bagażu, odprawa, wylot... W Tunezji wylądowaliśmy po 6 i po nieprzespanej nocy w podróży czułam się jak zombie ;). Pani z Itaki rozdzielała pasażerów jadących do różnych hoteli, więc korzystając z chwili czasu, zajęłam się internetem. Na lotnisku na Djerbie znajdziemy kilka stanowisk z kartami SIM - ja wybrałam Orange, gdzie za pakiet 25 GB internetu ważny 30 dni zapłaciłam 10 €. Z oferty byłam zadowolona - tam, gdzie był zasięg, działał dobrze, a zasięg był w większości miejsc. Najgorzej było z jazdą przez pustynię, gdy czasem znikał, ale no, nie oczekiwałam tu nic innego :). Z kartą SIM w telefonie i folderem od Itaki w ręku wsiedliśmy do podstawionego autokaru i ruszyliśmy na tygodniową przygodę z Tunezją :).

DZIEŃ 1. DJERBA
Dotarliśmy do hotelu z samego rana, ale że listopad to już czas poza sezonem i hotel świecił pustkami, bez problemu zameldowano nas tak wcześnie. Przyznam, że nie rozumiem, czemu Itaka uparcie współpracuje z hotelem Iris (no dobra, rozumiem, bardzo niskie ceny...), bo jak przeglądałam opinie uczestników poprzednich wycieczek, to na Iris narzekali wszyscy. Brudno, nieprzyjemna obsługa, monotonne i niezbyt smaczne jedzenie... Hotel ma niby 4*, ale oceny w internecie ledwo przekraczają 2/5. My też zadowoleni nie byliśmy, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy siedzieć w pokoju. Zostawiliśmy rzeczy i złapaliśmy taksówkę do Houmt-Souk, stolicy wyspy. Zajrzeliśmy do tamtejszego fortu (jedna z największych atrakcji Djerby), pospacerowaliśmy po medinie, napiliśmy się świeżego soku... A gdy niewyspanie dało o sobie znać, wróciliśmy do hotelu na krótką drzemkę, po której resztę dnia spędziliśmy na plaży :).

DZIEŃ 2. GABES, EL JEM, SOUSSA
Nie dane było odespać nieprzespanej poprzedniej nocy, bo przed 7 był wyjazd na objazdówkę. Czekało nas prawie 500 km jazdy, więc trzeba było wystartować z samego rana. Żeby nie jechać 4 godzin bez przerwy, mieliśmy godzinny postój w miejscowości Gabes (na polskich mapach też jako Kabis), by zobaczyć lokalny bazar. Co kto lubi, mnie takie atrakcje nie ciągną, więc cieszyłam się, kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny punkt programu ekscytował mnie jednak bardziej - były to ruiny starożytnego amfiteatru w El Jem (też: Al-Dżamm). Drugi największy zachowany do dziś amfiteatr rzymski, który robił za plan filmowy do Gladiatora, no i wpisany na listę UNESCO - wiadomo, że uwielbiam takie miejsca i byłam po prostu zachwycona :). Na koniec pojechaliśmy do Soussy, zatrzymując się najpierw w podmiejskiej marinie zwanej Port El Kantaoui. Do samego miasta dotarliśmy, gdy już się zaczęło ściemniać i tutaj zaczęła mi zgrzytać realizacja programu. Oryginalnie w programie następnego ranka miało być zwiedzanie starej części miasta, gdzie można odnaleźć ślady punickiej, rzymskiej, bizantyjskiej i wczesnoarabskiej historii. Soussa to miasto ze starówką i zabytkami z listy UNESCO, więc mocno mnie to ciągnęło. Przez zmianę kolejności zwiedzania Soussa miała być jednak tego popołudnia - no ok, gdyby nie to, że przewodniczka opowiadała tylko o centrum handlowym, przed którym nas zostawiła dając godzinę czasu wolnego na zakupy lub zwiedzanie. W godzinę próbowałam obejść historyczne centrum, nie mając żadnej mapy ani nie wiedząc, co warto tu zobaczyć - przeglądane na tempo Google też nie jest najlepszą pomocą. I o ile amfiteatr w El Jem mnie zachwycił, tak zwiedzanie Soussy, w której potem zostaliśmy na noc, okazało się jakąś porażką.

DZIEŃ 3. TUNIS, KARTAGINA, SIDI BOU SAÏD
Soussa wyleciała z porannego programu, by dać więcej czasu na tunezyjską stolicę - do Tunisu jechało się ok. 2 godzin. Sama medina nie wywarła na mnie większego wrażenia, ale to się chyba może podobać tylko miłośnikom arabskich bazarów ;). Kompletnie wciągnęło mnie jednak Muzeum Bardo, zawierające drugą - po Egipcie - największą kolekcję historyczną w regionie. Potem podjechaliśmy na przedmieścia stolicy, które przed wiekami były potężną, stawiającą opór Imperium Rzymskiemu Kartaginą. Dziś to ruiny rzymskiego miasta - łaźni, amfiteatru, akweduktów, a część tych ruin dane nam było zobaczyć :). Po obiedzie znów wskoczyliśmy w autokar i ruszyliśmy do miasteczka Sidi Bou Saïd zwanego w mediach tunezyjskim Santorini. Biało-niebieska architektura na tle Morza Śródziemnego potrafi zachwycić - niestety, trochę nam się zepsuła pogoda i nad miasteczkiem wisiały gęste chmury. Szkoda, bo w słońcu wyglądałoby pewnie zjawiskowo. Po godzinie czasu wolnego w Sidi Bou Saïd wróciliśmy do Soussy na kolejny nocleg.

DZIEŃ 4. MONASTIR, KAIROUAN, PRZEJAZD DO TOZEUR
To był dzień, którego organizacyjnie naprawdę nie rozumiałam. Pierwsza połowa dnia miała być poświęcona na zwiedzanie, druga na przejazd do pustynnego Tozeur (po polsku Tauzar). Z naszego hotelu na północy Soussy do Monastiru było trochę ponad pół godziny jazdy - oryginalny plan wycieczki zakładał zwiedzanie mauzoleum prezydenta Habiba Burgiby, który z miasteczka pochodził i zadbał o jego dofinansowanie i rozbudowę. Obok mauzoleum znajduje się Ribat - twierdza z VIII wieku... I wszystko to było naturalnie zamknięte w niedzielę po 7 rano, bo tak przyjechaliśmy tutaj na zwiedzanie. Krótko mówiąc, wstawaliśmy bladym świtem, by poświęcić 1,5 godziny (2x pół godziny na przejazd plus pół godziny czasu wolnego na miejscu) na opustoszałe z rana miasteczko, w którym nic się nie dało zwiedzać. A wszystko tak wyliczone, by za dnia dojechać do ostatniego hotelu i mieć czas wolny na nicnierobienie. Tylko wiecie, to ma sens, jak dzień jest długi, jest ciepło i w ogóle. Tutaj zdecydowanie więcej sensu miałaby pobudka o 7, wyjazd po 8, by być w Monastirze tak, żeby zwiedzić mauzoleum i twierdzę (taki plan miał właśnie Rainbow...), a potem jechać dalej i dotrzeć do hotelu wieczorem. I tak nic w nim się nie robi poza jedzeniem kolacji. Ten dzień uratował jednak Kairouan, w którym zatrzymaliśmy się po drodze do Tozeur. Kairouan to historyczne, święte miasto islamu - zwiedzaliśmy tu meczety, oglądaliśmy Baseny Aghlabidów, pospacerowaliśmy po zatłoczonej medinie... No a później w autokar i w drogę.

DZIEŃ 5. CHEBIKA, TAMERZA, TOUZER
Znów poranna pobudka i o 7 pod hotel podjechał rząd terenówek, by zabrać nas na pustynię. Zatrzymując się na punkcie widokowym nad kanionem z widokiem na góry Atlas, myślałam, że zamarznę na wietrze, a jednocześnie chciałam robić setki zdjęć ;). Celem jazdy była jednak naturalna oaza Chebika, po której urządziliśmy sobie krótki hiking. Następnie skorzystaliśmy z wycieczki fakultatywnej (za 40 € od osoby) i terenówkami wyruszyliśmy trasą rajdu Dakar. Był postój z punktem widokowym na tzw. Górze Wielbłąda, była nieco wariacka jazda po pustyni i zwiedzanie wioski z Gwiezdnych Wojen, czyli dawnego planu filmowego George'a Lucasa. Do hotelu wróciliśmy w południe i reszta dnia to był czas wolny, więc wybraliśmy się na zwiedzanie Touzer. Początkowo też myślałam, że to będzie w programie, w końcu jest tam punkt przejazd do Touzer - miasta położonego między dwoma słonymi jeziorami, w oazie słynącej z palm daktylowych. Bo skoro się tam jedzie, to chyba po to, by zatrzymać się i coś zobaczyć, prawda...? Ale według oryginalnego planu nocleg miał być gdzie indziej niż w Touzer, a skoro już tutaj nas zakwaterowali i dali pół dnia wolnego, to można i zwiedzać samemu. Logiczne, prawda? ;) Póki przygrzewało słońce, poleżeliśmy trochę na leżakach przy basenie, a potem zebraliśmy się do centrum. Miasteczko słynie z charakterystycznej ceglanej zabudowy, można sobie pospacerować, ale też fakt, że niewiele jest tu do zwiedzania.

DZIEŃ 6. CHOTT EL JERID, MATMATA, PRZEJAZD NA DJERBĘ
To był ten dzień z pobudką o 4:50... Bolało. Ale plan był taki, by zobaczyć wschód słońca na wyschniętym słonym jeziorze Chott El Jerid, a słońce wschodziło rano, zaś dojazd na miejsce trwał jakieś 45 minut. Chyba spodziewałam się tu bardziej wow widoków, bo w sumie poświata przed wschodem podobała mi się bardziej niż sam wschód ;). Kolejny w planie wycieczki był Douz, przez który jednak tylko przejechaliśmy, zatrzymując się na obrzeżach, by ci, którzy wykupili wycieczkę fakultatywną, mogli pojeździć na wielbłądach. Ja takich atrakcji nie popieram, więc wraz z innymi, co też nie skorzystali, mieliśmy godzinę siedzenia na pustyni i czekania na tamtych. Fajne to Douz, takie 3 gwiazdki na 5, bo dużo piachu :P. Następnie zaczęliśmy powoli kierować się na Djerbę, mijając tereny zamieszkiwane przez Berberów. Zatrzymaliśmy się przy wiosce berberyjskiej na herbatę i słodkie przekąski, no i żeby popatrzeć na księżycowe widoki, które podobno zainspirowały Lucasa do tworzenia gwiezdnowojennych krajobrazów właśnie tutaj. Ostatni postój urządziliśmy w Matmacie, gdzie zwiedziliśmy tradycyjny berberyjski domek wykuty w skale i zjedliśmy lunch. Był to już ostatni punkt objazdówki - późnym popołudniem wróciliśmy do hotelu Iris na Djerbie, zameldowaliśmy się i pożegnaliśmy z przewodniczką.

DZIEŃ 7. DJERBA
Ostatniego dnia pogoda zdecydowanie nas nie rozpieszczała. Po sześciu w miarę ciepłych i słonecznych dniach nastąpiło załamanie pogody. Od rana burza i ulewa, kilkanaście stopni, nie było nawet co myśleć o wyjściu z hotelu. Dobrze, że na te dwie ostatnie noce mieliśmy all inclusive, bo chociaż tunezyjskie wino i koktajle niezbyt nadawały się do picia, to już piwo i wódka figowa z colą wchodziły całkiem spoko ;). Trochę wypogodziło się po południu, więc ubrana na cebulkę zamachałam na taksówkę i pojechaliśmy do Djerbahood - dzielnicy w centrum wyspy pełnej pięknych murali. Spacer wśród sztuki ulicznej był już jednak ostatnią atrakcją w Tunezji, wieczorem jeszcze trochę popiliśmy i pogadaliśmy z ludźmi z wycieczki i wypadało się wcześnie kłaść spać...
Wylot miał być o 7:30, więc autokar miał po nas podjechać o 4:30. Gdy budzik w telefonie zadzwonił o 3:50, miałam ochotę nim rzucić o ścianę ;). Ale dowlekliśmy się do recepcji, usiedliśmy z innymi, rozeszła się wieść - w końcu co to za problem sprawdzić w internecie - że lot z Katowic ma 2,5 godziny opóźnienia, więc o czasie na pewno nie wylecimy... Kierowca autokaru też chyba to usłyszał, bo przyjechał dopiero o 5, a my półprzytomni siedzieliśmy te pół godziny w lobby hotelowym ;). A potem dużo dłużej na lotnisku. Czekająca tam pani z Itaki chyba chciała brzmieć optymistycznie, bo powiedziała, że nie no, nie będzie tak źle, opóźnienie z naszej strony to będzie godzina, max półtorej. Aha... Gdy minęła już pora przylotu samolotu z Katowic, a internet twierdził, że jeszcze nawet nie wystartował, pojawiły się drobne przekąski na śniadanie. Z Djerby odlecieliśmy ok. 11:30, zmęczeni i niewyspani - pozostaje tylko mieć nadzieję, że LOT uwzględni tutaj wniosek o odszkodowanie i choć część wycieczki się zwróci ;).
Mam takie mieszane odczucia po tej wycieczce. Z jednej strony w Tunezji jest naprawdę sporo fajnych miejsc i program objął większość z tych najważniejszych - na własną rękę pewnie ciężko byłoby mi zobaczyć tyle w ledwo tydzień. Poranne wstawanie przeżyję, bo rozumiem, że było spowodowane jesienną porą i krótkim dniem, choć uważam, że jeśli ostatnie 2-3 godziny programu to była jazda do hotelu, to można było ją przesunąć choć częściowo na po zmroku i dać ludziom rano pospać z godzinę dłużej. Żałuję, że się nie zapisaliśmy na wycieczkę Rainbowa, bo tych parę dodatkowych punktów z ich programu podeszłoby mi zdecydowanie bardziej niż kolejne bazary z programu Itaki. Choć nie wiem, na ile to ich program, a na ile zainteresowania samej przewodniczki? Była miła, miała sporą wiedzę, ale do mnie i mojego partnera nie trafiła. Fajnie, że opowiadała o odwiedzanych miejscach głównie podczas długiej jazdy autokarem, a potem na miejscu pokazywała, co trzeba i dawała czas wolny - jeszcze na żadnej objazdówce nie miałam tyle tego czasu. Ogromny minus jednak za to, że jeśli ktoś tak jak ja lubi historię i zabytki, to to w ogóle nie wydawało się dla przewodniczki priorytetem. Nie wyobrażałam sobie nawet, że przyjdzie mi pojechać na objazdówkę z przewodnikiem i potrzebować Google'a, by zobaczyć, co w ogóle mogę zwiedzić w mieście, które teoretycznie mam w programie zwiedzania. A sama Tunezja... Krajobrazy piękne, pustynia fascynująca, dużo starożytnych ruin, ale też bieda, mnóstwo wszechobecnych śmieci, hotele na bakier ze sprzątaniem i jedzenie nie w moim guście. Egipt podobał mi się zdecydowanie bardziej. Ale dla kociarzy Tunezja to raj ;).

Prześlij komentarz

0 Komentarze